Search here...
TOP
Kraje Podróże Sri Lanka

O medycynie ajurwedyjskiej na Sri Lance

Ajurweda, o co tu chodzi ?

Ajurweda to filozofia, to wiedza o życiu (w dosłownym tłumaczeniu), która wywodzi się z Indii i ma przeszło 5000 letnią tradycję. Jest bardzo mocno zakorzeniona w wielu krajach azjatyckich, ale tu na Sri Lance mam wrażenie, że jeszcze bardziej. Sami Lankijczycy mówią wprost, że leki importowane do ich kraju są gorszego sortu i zdecydowanie bardziej polegają na ziołach i medycynie ajurwedyjskiej. Postanowiliśmy więc sprawdzić to na własnej skórze.

Plantacja ziół i przypraw

Będąc w Dambulli wybraliśmy się na pobliską plantacje (o Sri Lance możesz przeczytać tu). Wszystko poprawne, ziółka, kremiki z olejkami wszystko ładnie pięknie, ale nie tego szukaliśmy. Oczywiście mimo wszystko daliśmy się naciągnąć, kupując jakiś olejek do włosów, a koleżanka kilka przypraw i ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu czegoś bardziej „prawdziwego”.

Masaż ajurwedyjski „my friend” tylko 35€

Poprosiliśmy naszego tuk- tukowca, a zarazem gospodarza hostelu żeby zabrał nas na prawdziwy masaż ajurwedyjski. Przemyślał sprawę, kilka zakrętów i dowiózł nas do pięknego miejsca, pełnego zapachów, olejków eterycznych i turystów ! Pani zaprosiła nas do środka, przedstawiła się, powiedziała że jest doktorem medycyny ajurwedyjskiej, szybko przedstawiła ofertę i za jedyne 35 euro zaoferowała masaż. Żart jakiś, za takie pieniądze to ja mam niezłe spa ! Samo to, że podała cenę w euro już nas zniechęciło. Wróciliśmy do naszego towarzysza, tłumacząc mu że chyba się nie zrozumieliśmy, my nie chcemy miejsca dla turystów tylko prawdziwego „doktora od ajurwedy”. Takiego, który leczy miejscowych ludzi. Kilka telefonów i szybka odpowiedź o 17:30 jesteście umówieni. Niestety wcześniej się nie da, bo zbiera zioła w dżungli 😳

Przywitanie z Panem doktorem

O wyznaczonej godzinie zajechaliśmy do domu pośrodku dżungli. Żadne luksusy, prawdziwy miejscowy domek, wychodek na podwórku, prysznic raczej niedostępny. Miła Pani, obrabiająca świeże zioła zaoferowała nam herbatę i kazała czekać na audiencje. Po chwili przyszedł Pan, ciężko określić ile miał lat, ale swoje już dla społeczeństwa wysłużył. Nastąpiła krótka kurtuazyjna wymiana zdań i zapytał kto pierwszy ?

Masaż i inne ważne sprawy

Na pierwszy strzał odważnie poszła nasza koleżanka Monika, potem Grzesiek na końcu ja. Najpierw Pan Doktor (jak sam się nazywał) zbadał tętno, powiedział co każdy przeżył, co komu dolega. Trzeba przyznać, że generalnie wszystko się zgadzało. Gdy już znaleźliśmy się na stole i rozpoczął się masaż (połączenie dobrej szkoły masażu klasycznego i akupunktury) pękaliśmy ze śmiechy. Pan doktor w międzyczasie odebrał z czterdzieści telefonów, pomógł innym przybywającym pacjentom z różnymi dolegliwościami i ranami (w tym na stopach, niekoniecznie myjąc po tym ręce).Na całe szczęście za każdym razem wracał do swoich polskich pacjentów, którym zachciało się masażu.

Nauka z dziada pradziada

Jako, że byłam ostatnia miałam okazje troszkę się porozglądać. Generalnie z tym też nie było żadnego problemu, raczej o prywatności nie było tu mowy. Za każdym razem jak któreś z nas leżało na stole, to przez pokój przewijały się różne osoby, mające miliony pytań i problemów do rozwiązania. Zobaczyłam flakoniki z olejami, zioła ucierane na świeżo, książki nadszarpnięte duchem czasu, zaczęłam więc zadawać pytania.

Doktor z prawdziwego zdarzenia !

Okazało się, że nasz ajurwedyjski lekarz kształcił się przez całe swoje życie. Początkowo pobierał nauki od swojego dziadka i ojca (też zajmowali się medycyną ajurwedyjską), następnie ukończył szkoły. Obecnie jeździ po całym kraju i pomaga ludziom. Wszystkie mieszanki ziołowe, oleje robi sam. Sam również zbiera zioła w dżungli. Okoliczni mieszkańcy darzą go ogromnym szacunkiem i mają do niego wielkie zaufanie. Nie jednemu już pomógł, a do tego nie pobierał za to pieniędzy. Co zreszta widać gołym okiem, wraz z rodziną żyją bardzo skromnie. Ludzie zaczęli w podziękowaniu przynosić różne dary lub wkładali pieniądze do gazety, bo inaczej ich nie przyjmował.

Sauna w innym wydaniu

Po masażu, który dostarczył nam nie lada cierpienia (uścisk dłoni to Pan Doktor miał !) każdy z nas znalazł się w… trumnie (żadne inne, trafne określenie nie przychodziło mi do głowy). Drewniana skrzynia wyłożona siedmioma rodzajami liści, w tym przodującą Margosą, w której tworzyła się para. Wystawała nam tylko głowa, a przyjemne ciepło pozwoliło nam się w końcu zrelaksować.

 

Jednogłośny werdykt

Wszyscy bezdyskusyjnie stwierdziliśmy że „zrzuciliśmy” z pleców niezły ciężar. Mimo bardzo dziwnej otoczki po wszystkim czuliśmy się jak nowo narodzeni. Nie przypominam sobie tak dobrego samopoczucia po masażu, nawet na studiach ! Na koniec Pan Doktor założył słuchawki (żeby było profesjonalnie) i zrobił sobie z nami pamiątkowe zdjęcie. Doświadczenia z ajurwedą na Sri Lance na długo pozostaną w naszej pamięci. Jak napisał w jednej ze swoich książek Tomek Michniewicz „…Bo po to się wyjeżdża, żeby nie wiedzieć, co czeka za zakrętem…”

 

0 Udostępnień

«

»

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *