Search here...
TOP
Kraje Podróże Podróżniczy poradnik Tajlandia

Co warto zobaczyć w Tajlandii czyli o Bangkoku i Chiang Mai

Zobaczyć i zakochać się w Tajlandii

Tajlandia nigdy nie była na naszej liście top 10 miejsc do zobaczenia. Sądziliśmy, że tak bardzo popularna ostatnimi czasy, nie do końca jest miejscem dla nas. Na planie podróży znalazła się przypadkiem, a po dwóch dniach pobytu stwierdziliśmy, że możemy tu mieszkać ! Absolutnie nas oczarowała. Jest bardzo rozwinięta, ludzie są przemili, mają najlepszą kuchnie na świecie i przyjazne ceny (zwłaszcza na północy). Żałowaliśmy, że nasz pobyt był tak krótki, ale lepszy rydz niż nic. Co więc warto zobaczyć w Tajlandii w kilka dni ?

Czas w Bangkoku

Wizytę w stolicy traktowaliśmy jako tzw. czas rekonwalescencji. Było nad czym pracować, po Indiach trzeba było doprowadzić się do stanu używalności. Poza tym po prostu potrzebowaliśmy odpocząć. Bangkok w 100 % zaspokoił nasze potrzeby. Kilka dni upłynęło nam w niespiesznym tempie na jedzeniu… jedzeniu… i jeszcze raz jedzeniu, w przerwie popijając kawę i soki ze świeżych owoców. Byliśmy naprawdę pod ogromnym wrażeniem miasta, choć w stosunku do północy najtańszy to on nie jest.

Atrakcje stolicy – co warto zobaczyć w stolicy Tajlandii

Bywa tu już prawie każdy, kto nie boi się spędzić czternastu godzin w powietrzu. Turystów jest sporo, choć na szczęście to nadal nie Rzym, gdzie w kolejce do Muzeów Watykańskich trzeba spędzić 1,5 godziny. W Bangkoku postawiliśmy na tzw. must see, przeplatane nieustannym raczeniem się Pad Thai, Tom Yam czy innymi wybornymi tajskimi potrawami. Zaczęliśmy od rejsu po rzece Menam i wizyty w świątyni wschodzącego słońca Wat Aun. Dalej nie mogło zabraknąć Pałacu Królewskiego i Świątyni Szmaragdowego Buddy. Choć niestety wizytę w Royal Palace rozpoczęliśmy w piątkowe południe, przez co zobaczyliśmy tylko jedną z trzech części. Na muzeum królewskie i sale masek nie starczyło nam czasu, a w weekend jest nieczynne. Weekendowa wizyta w Bangkoku miała jednak swoje plusy, pozwoliła nam na udział w jednym z największych targów na Chatuchak Market. Ogromny targ gdzie można kupić absolutnie wszystko, trzeba się tylko tam odnaleźć, z czym osobiście miałam problem.

Chinatown i fryzjerska przygoda

Jako, że nadal pracowaliśmy nad powrotem do względnej formy to do Chinatown nie wybraliśmy się jak większość turystów na jedzenie czy pospacerować po uliczkach. Naszym celem był fryzjer, a dokładniej mówiąc Berwidka. Po lekko długawych poszukiwaniach, w jednej z bocznych uliczek znaleźliśmy miłą panią, która nie ukrywając zdziwienia naszą wizytą, odwaliła całkiem dobrą robotę za jedyne 100 bahtów (ok. 13 zł).

Patpong

Ostatnim punktem programu w stolicy była dzielnica Patpong. Jak się później okazało, zupełnie nieświadomi praktycznie na niej mieszkaliśmy. Poza możliwością zakupienia całkiem niezłych podróbek światowych marek, dzielnica słynie z nocnych uciech. W tym takich atrakcji jak pussy ping pong show. Dla zainteresowanych do poczytania, jak to panie potrafią niestworzone rzeczy robić swoim kroczem.

Nie każdy tu zawita, a zwiedzić w Tajlandii to miasto warto – pociągiem do Chiang Mai 

Od samego początku naszym celem w Tajlandii była północ. Wszyscy jednogłośnie mówią, że jest tam dużo taniej i przyjemniej. Potwierdzamy, zdecydowanie się nie  mylą ! Nie ma wielkiej filozofii w dotarciu do Chiang Mai. Samoloty z Bangkoku latają co chwilę. My jednak postawiliśmy na nieco tańszą opcję i wybraliśmy nocny pociąg, relacji Bangkok – Chang Mai. W skrócie całkiem przyjemna przejażdżka, 800 bahtów za osobę, czysta pościel, bezpiecznie, nie ma się czego czepiać.

Chiang Mai

Miasto nas kompletnie oczarowało, nie wiem jak to wytłumaczyć ale po prostu zaiskrzyło. Czuliśmy się tam wyjątkowo dobrze do tego stopnia, że nawet znaleźliśmy nasz wymarzony dom. W bujnej wyobraźni stał się guest housem pełnym ludzi, w którym Berwidek parzył najlepszą kawę w całej Tajlandii, a ja pomagałam organizować wycieczki naszym gościom. Żyliśmy tu niespiesznie, korzystając z uroków miasta i najlepszych tajskich masaży.

City Map 

Większość atrakcji miasta znajduje się za średniowiecznymi murami. Do miasta przyjechaliśmy w niedzielę więc pierwszym punktem programu był niedzielny nocny bazar na Ratchadamnoen Rd. Wpadliśmy w wir zakupów i trzeba przyznać, że  można było znaleźć fajne rzeczy w śmiesznych cenach. Do tego uliczne jedzenie, muzyka, nawet tłumy ludzi nam nie przeszkadzały.

Jeśli chcesz zwiedzić w Tajlandii świątynie musisz trafić do Chiang Mai 

Jeśli ktoś jest fanem buddyjskich świątyń, to trafił do raju. W Chiang Mai jest ich dziesiątki. Można pół wakacji poświecić żeby je wszystkie zobaczyć. My już przez ostatnie miesiące naoglądaliśmy się Buddy w każdej postaci, więc postawiliśmy na te najważniejsze.  W kolejności odwiedzając najstarszą Wat Chiang Man, następnie największą czyli Wat Phra Singh i największe Chedi czyli Wat Chedi Luang.

Życie przy rzecze – najprzyjemniejsze miejsce w Chiang Mai

Warto opuścić mury starego miasta i udać się w kierunku rzeki Mae Ping. Poza nocnym bazarem, marketem owoców, kwiatów i co tam sobie każdy zażyczy warto zajrzeć do świątyni Wat Ket Keran. Przy blasku księżyca, kompletnie pusta powaliła nas na kolana, a dopełnieniem wszystkiego była pobliska kawiarnia. Uwielbiam takie chwile, kiedy zupełnie nieoczekiwanie wdepniemy w miejsce z duszą. Gdyby nie napis przed wejście „Regina book&coffee” w życiu nie powiedziałabym, że to kawiarnia. Raczej muzeum, antykwariat, ewentualnie schronisko dla kotów. Było ich tam chyba z trzydzieści. Kawa smakowała wybornie, a na koniec Pani wręczyła nam na pamiątkę miniaturowe świeczki. Zdecydowanie jako wielbiciele kawy wpisujemy to miejsce w czołówce. Na koniec warto wpaść na Ploen Ruedee zjeść dobrą kolację, posłuchać muzyki na żywo, zobaczyć taneczne występy i pobyt w Chiang Mai można zaliczyć do całkiem udanych.

Schronisko dla słoni – zobaczyć w Tajlandii czy jednak nie ?

Daliśmy się namówić na wizytę w schronisku dla słoni, mimo sporych wątpliwości. Naczytałam się jak to wcale takie miejsca nie są oazą spokoju. Odebrane lub wykupione z niewoli, trafiają do kolejnego domu, w którym ludzie chcą dorobić się ich kosztem. Ponoć Dumbo Elephant Spa takie nie jest. Właścicielka naszego hotelu przedstawiła kilka faktów, więc zgodziliśmy się odwiedzić schronisko, licząc że opłatą 1600 baht za osobę, za pół dnia wspieramy lepszy byt słoni. Miejsce nas nie zawiodło, wręcz rozbawiło do łez. Zwłaszcza mała Ella, która biegała gdzie popadnie, rzucała oponą, nie bardzo robiąc sobie coś z zakazów. Przez kilka godzin mogliśmy towarzyszyć trójce, mam nadzieje szczęśliwych słoni w ich codziennym życiu, jako przyjaciele a nie właściciele.

Tą wizytą zakończył się nasz pobyt w Tajlandii, a ja nie mogę się doczekać kiedy tam wrócimy.

0 Udostępnień

«

»

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *